Aldona Mackiewicz, właścicielka jedynego antykwariatu w Toruniu, mieszczącego się przy ulicy Wysokiej, opowiedziała nam o szczegółach pracy w antykwariacie oraz o wydarzeniach, które odbędą się już w najbliższy weekend w ramach Weekendu Księgarń Kameralnych.

Czym różni się praca w antykwariacie od pracy w księgarni?

W antykwariacie w Toruniu są głównie książki używane i stare (choć i używane nowe). Nie biorę zatem pod uwagę tego, co księgarz w księgarni, rotacji towaru, tego, aby książki jak najszybciej się sprzedały, aby móc zamówić nowe, bo, jak wiadomo, nowe książki wychodzą cały czas. U nas rotacja towaru potrafi trwać 20 lat. Mamy książki wycenione 20 lat temu, ręką mojego ojca, na 3 czy 5 zł, które przenoszą się razem z nami podczas naszych przeprowadzek. I gdy teraz, w 2018 roku, ktoś bierze do ręki taką książkę, powiedzmy, że jest to wartościowe dzieło filozoficzne, które my dziś wyceniłybyśmy na 30 zł, klient kupuje je za 7 zł. To podstawowa różnica.

Wydaje mi się, że w społeczeństwie panuje takie błędne przekonanie, że w antykwariacie można kupić wyłącznie stare książki i nic więcej. Tymczasem z tego, co wiem, tutaj w Toruniu można znaleźć też płyty i wiele innych przedmiotów.

W czasach PRL-u był ścisły podział na antykwariaty naukowe, antykwariaty współczesne i antykwariaty księgarskie. Ja nasz nazwałam księgarskim, dlatego że skupiamy się na książkach. Jednak w czasach PRL-u można było w antykwariacie znaleźć wydawnictwa. Obecnie wygląda to podobnie, oprócz książek oferujemy pocztówki, mapy, płyty analogowe i kompaktowe, kasety, taśmy, slajdy, bajki na rzutnik, fotografie oraz wszelkie nośniki, na których ukazywały się muzyka i książki.

Kim są głównie klienci antykwariatu? Jaka grupa wiekowa przeważa?

Od dzieci świeżo narodzonych – przychodzą do nas mamy z niemowlętami w chustach – do 90-letnich pań i panów. Gościmy i młodzież, i zapracowane panie domu, i pracowników uniwersytetu. Na pewno jest tak, że do antykwariatu zaglądają ci, którzy mają więcej czasu, a więc często są to mamy na urlopie macierzyńskim czy emeryci i emerytki.


Czy częściej ludzie szukają konkretnych tytułów, czy przychodzą się rozejrzeć i kupują akurat to, co ich zainteresuje?

Wizyty w naszym antykwariacie dzielą się na dwa rodzaje. Część klientów przychodzi tylko po odbiór zamówienia internetowego, niektórzy natomiast lubią spędzić w antykwariacie 20 czy 30 minut i spokojnie się rozejrzeć. Toruń przeżywa w ostatnim czasie oblężenie turystyczne. Mamy więc klientów z całej Polski, a nawet i spoza granic naszego kraju. To często wytrawni kolekcjonerzy, którzy wcześniej sprawdzili, że w Toruniu jest antykwariat. Mają oni własne kolekcje książek na jakiś wąski temat i zdarza się, że brakuje im jednej czy dwóch do skompletowania całości. Ale te egzemplarze są zwykle tak poszukiwane przez innych kolekcjonerów, że istnieje naprawdę małe prawdopodobieństwo, że będą one u nas. Nie lubię tego uczucia, gdy muszę rozczarować zapalonych kolekcjonerów. A najgorsze jest, gdy klient pyta, czy dana książka u nas była, a my musimy odpowiedzieć, że tak – na przykład 5 lat temu. Jednak w takich sytuacjach zostawiamy zawsze jakąś drobną iskierkę nadziei, zapisujemy kontakt do tej osoby bądź podajemy kontakt do nas, bo przecież książki cały czas spływają i być może jutro, być może za rok, taka perełka do nas trafi.

A czy pamięta Pani jakąś niecodzienną sytuację, która miała miejsce w antykwariacie?

Mamy pełno niecodziennych sytuacji. Dlatego też zaczęłam prowadzić fanpage na Facebooku. Tych zaskakujących sytuacji było tak wiele, że rodzina i znajomi już nie wytrzymywali i mówili: „Zacznij to opisywać!” W pamięć zapadła mi na pewno wizyta prof. Jerzego Bralczyka, który przychodzi do nas za każdym razem, gdy jest w Toruniu. Pan profesor poszukuje książek z językoznawstwa i niestety ma ogromnego pecha, bo u nas językoznawstwo jest na samym dole regału i trzeba się niestety schylić. Pan profesor skomentował to słowami, że w każdym antykwariacie, który odwiedza, czy w Polsce, czy za granicą, językoznawstwo zepchnięte jest na szary koniec i on zawsze musi się namęczyć. Ale to mu nie przeszkadza, każdą książkę dokładnie sprawdza i ogląda. Profesor to też przykład kolekcjonera. Jest bardzo małe prawdopodobieństwo, że coś u nas znajdzie, ale zawsze doceni i porozmawia.

Jaka jest najstarsza książka, która kiedykolwiek trafiła do antykwariatu na Wysokiej?

To wydarzyło się całkiem niedawno – trafiła do nas książka z końca XVII wieku, wydawnictwo francuskie dotyczące znanych Francuzów – polityków i innych ważnych osobistości. Takie who is who na dzisiejsze czasy. Ta książka była wystawiona u nas na sprzedaż, lecz niestety nie sprzedała się i właściciel zabrał ją z powrotem. To była piękna pozycja, dużego formatu, nie kosztowała mało. Zawsze powtarzam, że takie cenne książki muszą swoje poleżeć. Nie jest tak, że ktoś, akurat w drodze do restauracji, powie: „O, książka za kilka tysięcy złotych, kupię sobie”. Taki zakup musi być przemyślany. Czasami finalizuje się on przez kilka wizyt. Klient przychodzi do antykwariatu raz na miesiąc, ogląda, zastanawia się, czy można coś utargować. Zwykle można. Jeśli książka nie sprzedaje się przez kilka miesięcy, my nie upieramy się, że musi ona kosztować tyle a tyle. Mamy na przykład takiego klienta, który nabył u nas wielotomową, dosyć drogą encyklopedię, pięknie oprawioną. Stał się on klientem-przyjacielem. Zagląda do nas zawsze, jak jest w Toruniu, dzwoni, pisze życzenia. Rozmawiamy o sprzedanej książce, bo my też w jakiś sposób jesteśmy do niej przywiązani, pytamy, czy klient czyta, czy książka się przydała. To miłe aspekty tej pracy.

Czy to wydawnictwo z XVII było jednocześnie najcenniejszą książką, jaka trafiła do antykwariatu?

Tak, jedną z cenniejszych, ze względu na wiek, cenę i drogę, jaką przeszła. Na wewnętrznej stronie okładki miała ona adnotacje, w jakich księgarniach była sprzedawana i jak długo.

A jaka była najoryginalniejsza książka, która znalazła się w toruńskim antykwariacie, taka, która Panią zaskoczyła?

Książek, które mnie zaskakują, jest mnóstwo. Właściwie zdarzają mi się codziennie. Ludzkość, odkąd poznała pismo, pisze na każdy temat. Istnieją wielkie dzieła naukowe i nienaukowe na tematy zaskakujące – chociażby higieny stóp czy wiązania krawata. Czymkolwiek człowiek się zajmuje, może napisać na ten temat książkę. To też są właśnie historie, które opisuję na fanpage’u. Każdy, kto ma jakąś pasję, pracę, zawód, znajdzie w książce odzwierciedlenie tego. Do biblioteki, antykwariatu czy księgarni może przyjść każdy, nieważne, czym się zajmuje, bo książki pisze się na każdy temat. Mieliśmy kiedyś takiego klienta, który fascynował się kulturystyką. Na ten temat również wydaje się książki.

Aldona Mackiewicz o tym, jak zostać księgarzem i jak przekonać dzieci do czytania

Organizują Państwo warsztaty „Zostań księgarzem!”, które odbędą się 21 kwietnia. Skąd pomysł na tego typu wydarzenie?

Miewam takie sytuacje: jestem przed antykwariatem albo siedzę w środku i mam otwarte okno, a ulicą biegnie zapracowana pani i krzyczy: „Jak ja pani zazdroszczę, jak ja bym tak chciała pracować!” A ja wtedy mam ochotę jej powiedzieć, ile ja się muszę nadźwigać i ile to jest kurzu. Wielu klientów, którzy do nas zaglądają, mówi: „Jaka fajna praca, można cały dzień czytać!” Chcę im pokazać, jak w rzeczywistości wygląda praca księgarza czy antykwariusza. To praca bardzo satysfakcjonująca, ale ma też swoje złe strony (śmiech). Ale zawsze powtarzam: jeśli komuś niekoniecznie zależy na mercedesie i dalekich podróżach, a wystarczy mu satysfakcja i pieniądze na życie, to nic innego tylko zakładać księgarnię. Jeżeli tylko kocha się książki.

„Zostań księgarzem!” to nie jedyne wydarzenie organizowane w kwietniu w antykwariacie. Opowie Pani również o tym, jak zachęcić dzieci do czytania książek.

Te warsztaty również spowodowane są potrzebą społeczną. Zdarza mi się, że gdy jestem ze swoimi dziećmi w sklepie, a one mają ze sobą książkę, to padają pytania z ust innych osób: „Jak pani skłoniła dzieci do czytania?”. Chętnie opowiem, jak to zrobić, żeby dziecko czytało. Chociaż oczywiście nie twierdzę, że zjadłam wszystkie rozumy w tej kwestii. Moje dzieci mają 4 i 8 lat, a słyszałam o takich przypadkach, że dziecko bardzo dużo czytało do któregoś roku życia, a potem odcięło się kompletnie i już nie chce sięgać po książki. Więc nie twierdzę, że to, iż moje dzieci w obecnym wieku czytają, to jakiś wielki sukces. Ale powiedzmy, że już kilka wskazówek dla dzieci do tego wieku mam i chętnie się nimi podzielę. Jeżdżę na różne szkolenia, targi książki, studiowałam bibliotekoznawstwo i chciałabym opowiedzieć o moich spostrzeżeniach na temat czytelnictwa wśród dzieci. Myślę, że warto takie wskazówki przekazywać sobie nawzajem. I stworzyć taki…

…dekalog!

A może nawet stokalog z poradami. Czasami jest tak, że dzieci nie czytają, a my chcemy, aby czytały, ale nie przychodzi nam do głowy, że tak niewiele trzeba, by je do tego zachęcić. Wystarczy zaprowadzić dziecko do biblioteki, zapisać i później już niekoniecznie trzeba z nim tam chodzić. Bardzo możliwe, że dziecko będzie odwiedzało bibliotekę samo. W historiach wielu moich znajomych przewija się motyw osoby, która pokazała dziecku świat książek – to może być babcia, ciocia, wujek, pani nauczycielka, niekoniecznie rodzice.

Czyli to nie tylko wydarzenie dla rodziców.

Dla każdego! Sądzę, że każdy z nas chciałby sprawić, żeby było lepiej na tym świecie. A książki są narzędziem do ulepszania świata, więc pokażmy je dzieciom. Niech ulepszają ten świat.

A co Pani na co dzień najchętniej czyta, jacy są pani ulubieni autorzy, gatunki?

Ostatnimi czasy na co dzień czytam… poradniki, co niektórym może wydawać się straszne. Są to pozycje o biznesie, o tym, jak efektywniej pracować, jak prowadzić własną firmę, jak wychowywać dzieci. Ale nigdy nie czytam jednej książki, zwykle mam 6 lub 7 zaczętych. Wśród nich zawsze znajdzie się coś z literatury piękniej. Staram się też czytać coś z klasyki – Victora Hugo, Lwa Tołstoja, Fiodora Dostojewskiego. Kanon jest, ale nie oszukujmy się, niewiele osób ma czas na ich ciągłe czytanie. Jeśli chce się być dobrym księgarzem czy antykwariuszem, to na pewno trzeba znać klasykę. Poza tym czytam wspomniane poradniki i koniecznie coś lekkiego. To może być na przykład Jane Austen czy Małgorzata Musierowicz. Czytałam te książki już siedem, a nawet dziesięć razy, znam je na pamięć, ale to zupełnie mi nie przeszkadza.

[fot. Sawatka]