Smok drzemiący na skarbie, drużyna walecznych krasnoludów, niepozorny hobbit i magiczny pierścień zmieniający losy krainy – tę opowieść znają wszyscy wielbiciele fantastyki. Książka zachwyca czytelników od lat, a niedawno na ekranach kin mogliśmy zobaczyć jej rozbudowaną wersję. Czy okazała się lepsza od pierwowzoru? Przyjrzyjmy się temu bliżej – oto Hobbit: Niezwykła podróż.
Hobbit: Niezwykła podróż ma w sobie coś ze snutej przy kominku opowieści. Swobodnie, odrobinę leniwie, twórcy wprowadzają widzów w świat Śródziemia i odkrywają przed nimi jego liczne sekrety. Poznajemy historię krasnoludzkiego miasta Erebor, możemy zajrzeć w kuluary elfickich siedzib, a także przekonać się, jak wiele innych ras zamieszkuje tę krainę. Sceneria, oprawa muzyczna, obsada – Peter Jackson (reżyserujący także Władcę Pierścieni i pozostałe części Hobbita) zadbał o wszystko. Czy wystarczająco?

[fot. http://wall.alphacoders.com]
Bilbo Baggins (Martin Freeman), młody hobbit z Shire, od dziecka marzy o przeżyciu przygody. Życzenie to spełnia się niespodziewanie, gdy na progu jego domu pojawia się czarodziej Gandalf (Ian McKellen), a towarzyszy mu grupa odważnych krasnoludów. Kompania pod wodzą Thorina Dębowej Tarczy (Richard Armitage) pragnie odzyskać Erebor – potężne, krasnoludzkie miasto, utracone przed wieloma laty. Zadanie nie jest proste. Samotną Górę zajmuje straszliwy smok Smaug, wejście do miasta jest ukryte, a czekająca ich droga – pełna niebezpieczeństw. Mimo początkowych obaw, Bilbo postanawia jednak porzucić domowe wygody i dołączyć do wyprawy. Maszerując w nieznane, poznaje dreszcz przygody, moc prawdziwej przyjaźni i wewnętrzną siłę, o której nigdy nie miał pojęcia. Znajduje także niepozorny pierścień, który zaważy na losach wyprawy, krainy oraz samego hobbita.
Dla tych, którzy lata temu zakochali się w Władcy Pierścieni, Hobbit stanowi sentymentalną podróż w dobrze znane strony. Siedząc w kinowym fotelu, obserwujemy na ekranie znajome krajobrazy, widzimy poznane już postacie, otacza nas muzyka żywcem wyjęta z poprzednich dzieł. I choć wielu uznaje to za wielką wadę całej produkcji, dla mnie jest to jedna z jej licznych zalet. Nawiązania do sagi Tolkiena są wyraźne, lecz nie przyćmiewają głównego fabularnego wątku czy wyrazistości nowych bohaterów. Peter Jacksons raz jeszcze udowodnił bowiem, że po Śródziemiu potrafi poruszać się jak nikt inny. Hobbit: Niezwykła podróż zrealizowany został lekko, z dużą dozą humoru i wdzięku. Twórcy nie zanudzają widzów przydługimi dialogami, czy momentami przerysowanego patosu. Akcja biegnie do przodu wolnym, spokojnym nurtem, rozbudzając emocje widza w perfekcyjnie zaplanowanych momentach.

[fot. http://pl.forwallpaper.com]
Jednym z najmocniejszych elementów filmu jest zaangażowana do niego obsada. Wśród aktorów znaleźli się doskonale już znani Hugo Weaving (rola Elronda) czy Christopher Lee (Saruman), nie zabrakło także Andy’ego Serkisa, użyczającego głosu i mimiki Gollumowi. Ważne miejsce w gwiazdorskim zespole zajął Ian McKellen, po raz kolejny wcielający się w czarodzieja Gandalfa. Aktor zaskoczył jednak widzów i dostosowując się do książkowych opisów, zaprezentował zupełnie nowe oblicze granej przez siebie postaci. Zamiast poważnego i zdystansowanego mędrca, na ekranie oglądać mogliśmy pełnego werwy starca, o zachwycającym poczuciu humoru. Mistrzowsko ze swojej roli wywiązali się również odtwórcy ról krasnoludów. Odważny Dwalin, zabawny Bofur, lekkomyślni Fili i Kili – moje serce skradli już w pierwszych minutach filmu, zapewniając niesamowite emocje, aż do napisów końcowych. Hobbit: Niezwykła podróż byłby jednak filmem niepełnym, gdyby na czoło rozgrywających się zdarzeń nie wysunął się dominujący protagonista. W tej produkcji było ich dwóch. Hobbit Bilbo, grany przez Martina Freemana, to prawdziwe filmowe objawienie. Nieporadny, pociesznie naiwny, pełny ideałów – tak wyobrażałam go sobie czytając książkę, jednak ekranowa kreacja jeszcze dokładniej sprostała moim oczekiwaniom. Wspaniała, wywołująca uśmiech rola Freemana nie zdołała jednak przyćmić króla ten produkcji – Richarda Armitage’a. W roli Thorina Dębowej Tarczy, walecznego władcy krasnoludów, zdołał zachwycić miliony widzów, skutecznie zmuszając ich, by po rzeczony film sięgnęli jeszcze raz. Zdecydowany, odważny, pełen wewnętrznej siły – filmowy Thorin bez problemu pociągnął za sobą kompanię krasnoludów. A i ja, gdybym tylko mogła, chętnie ruszyłabym jego śladem. Dla tej magnetycznej siły, którą w sobie skrywa, dla ukrytej głęboko wrażliwości i dla smutnych oczu, topiących nawet najbardziej oziębłe serce.

[fot. filmweb.pl]
Na strunach serca i duszy gra także muzyka, wprawnie wpleciona w dźwiękową oprawę filmu. Oprócz motywów znanych z Władcy Pierścieni pojawia się także kilka nowych utworów, powstałych specjalnie na potrzeby tej produkcji. The Misty Mountains Cold, smutna pieśń krasnoludów to jeden z fragmentów przewijających się w filmie regularnie. Jej niski, wibrujący ton szybko wpada w ucho, dźwięcząc w zakamarkach głowy na długo po zakończeniu seansu. W filmie nie brakuje też przyśpiewek o lekkim, żartobliwym charakterze (m.in. Goblin Town lub Bofur’s song), zatem w wachlarzu propozycji Howarda Shore’a każdy znajdzie coś w swoim guście.
Jeśli jeszcze ktoś nie widział pierwszej części filmowej trylogii Jacksona to zdecydowanie powinien po nią sięgnąć. Hobbit: Niezwykła podróż to sposób na spędzenie udanego wieczoru lub ciekawy seans kinowy. To także produkcja na naprawdę wysokim poziomie, która nie rozczaruje zarówno fanów twórczości Tolkiena, jak i widzów nieznających realiów Śródziemia. Oglądana na dużym ekranie zapewni niesamowite efekty wizualne, ci jednak, którzy sięgną po wersję internetową, powinni dobrze poszukać – przy odrobinie szczęścia można znaleźć wersję rozszerzoną. Zawarto w niej sceny, które naprawdę warto zobaczyć! Pierwsza z ekranizacji książkowego Hobbita okazała się ogromnym sukcesem. Czy pozostałe będą równie udane? Przeczytać o tym można będzie już w kolejny wtorek.
