To miał być radosny, energetyczny, pozytywny koncert. I nie ma co tutaj używać retorycznych chwytów (typu, że nie radosny a bardzo radosny, nie energetyczny a mega energetyczny itd. ). Tak było.

Marcelina zaczęła bez opóźnienia, za to mnie ono jak najbardziej nie ominęło. Na szczęście jeszcze nie skończyła pierwszej piosenki „Bez ramki”. Pożyczyła publiczności miłego wieczoru. Patrząc na uśmiech artystki, szczery, ktoś powiedziałby, że może trochę naiwny, byłem pewny, że taki będzie.

Ostatnia płyta składała się prawie wyłącznie z piosenek w języku polskim. Jednak zaskakująco energetycznie, przekonująco, nawet porywająco (mimo że większość publiczności okupowała miejsca siedzące) wypadały piosenki po angielsku – „Shake It Mama” i pewien szczególnie zapowiadany cover. Było to mianowicie „Sleeping in my car” Roxette, przedstawiona przez artystkę z Cieszyna jako coś co wszyscy znają, śpiewają, ale nie przyznają się do tego. Marcelina z kolei po tym utworze żartowała, że nie robiła pewnych rzeczy w samochodzie. A humor podczas koncertu miała świetny, co też udzielało się słuchaczom.

Właśnie, słuchaczom, bo każdy wydawał się być zasłuchanym w piosenki. Zwłaszcza było to odczuwalne przy „Tatku”, które, co tu dużo mówić, było hipnotyzujące i czuć było jak ważna dla niej jest ta piosenka. Mimo wykonania jej zapewne po raz setny.

„Nigdy w zawsze”, także traktuje o tacie artystki, o czym poinformowała w trakcie koncertu. Spowodowało to zupełnie inny odbiór piosenki, ponieważ wcześniej o tym fakcie zwyczajnie nie wiedziałem, nadając inny, zaskakujący sens tytułowi piosenki.

Koncert ubarwiony był także mocnym waleniem w bębny podświetlanymi po uderzeniu pałeczkami Marceliny i podskokami tejże, zadziwiająco zgodnymi z rytmem piosenek. Udźwięcznieniem z kolei była harmonijka, w którą dęła artystka, także bardzo urokliwa.

Koniec koncertu to wyciszające „Znikam”, jednak w trochę żywszej aranżacji niż na epce artystki. I oczywiście „Karmelove” ubarwiony zaanonsowaniem… nieobecności Piotra Roguckiego.

Koncert przyniósł wielki uśmiech na twarzy, dzięki naturalności i energetyczności Marceliny, bezsprzecznie najbardziej uśmiechniętej polskiej piosenkarki. Może także komuś przyniosło coś innego tak jak pewnej parze, którą los pchnął ku sobie (no dobra, dziewczynę w ramiona swojego przyszłego chłopaka pchnął inny chłopak) na koncercie Marceliny. To tylko kolejny dowód na niezwykłość występów drobnej góralki.

[Fot. Paula Gałązka]