Na początku był dres z tubą. Ze słowem. Potem weszli członkowie sekcji dętej. W dresach, bez słowa, przynajmniej na początku. Na samym końcu weszła Karolina, ze słowem, w spódniczce i w dizajnerskim kurtko-dresie.

Było jednak bez biblijnego patosu, nawet bez powagi konkursów piosenki aktorskiej. Było szalenie, wesoło, kichająco, a to ostatnie bez żadnych wspomagaczy, ale o tym za chwilę.

Karolina Czarnecka wystąpiła z zespołem. Sekcja dęta, perkusja, pojawił się też akordeon. To wszystko w przeciekawej oprawie. Bo kto spodziewałby się klasycznego w dresa grającego właśnie na akordeonie, o puzonach nie wspominając.

Karolina w tym czasie opowiadała losy Tiny w wielkim mieście, zagubionej, szukającej. Historii okraszonej bitami w otoczeniu folklorystycznego brzmienia żywych instrumentów. Karolina, przypomnijmy pochodzi z Podlasia. Tę wschodnią „żywość” widać w całkiem zabawnej choreografii, nieco innej niż w „Hera, koka, hasz, LSD”, ale dalej przypominającej dyskotekowe ruchy, te raczej mniej wyrafinowane, ale urocze i śmieszne.

Artystka w trakcie koncertu nie zabawiała publiki bogatą konferansjerką, będąc chyba jedną z nielicznych niegaduł-wokalistek w tym kraju. O czym miałem okazję się przekonać także w rozmowie z nią, której efekty niebawem ujrzycie. To jednak nie wpływa na poziom zabawy publiczności, która w pewnym momencie koncertu wywołana do wstania z podłogi w Dwóch Światach już na tych nogach pozostała. Przy tak ruszających i zostających w głowie na dłużej piosenkach jak „Zjawa” po prostu trzeba było się ruszać.

Atmosfera hery, koki, haszu musiała jednak krążyć gdzieś w „dwuświatowej” atmosferze, bo jedna z dziewczyn zaczęła gwałtownie kichać. Karolina nie obraziła się na to faux pas (bo sama próbuje się odciąć od etykietki wykonawczyni jednego przeboju) i życzyła alergiczce zdrowia. Mimo wszystko podczas bisu „Hera, koka, hasz, LSD” została wykonana w doskonale znanej wersji, przy dobrze wszystkim znanym bicie. Oszczędnym bicie, bo jak powiedziała Karolina, nic więcej tej piosence nie potrzeba.

Mi pozostaje życzyć Karolinie tylko szczęścia, bo przez cały koncert, a szczególnie podczas wykonania „Demakijażu”, słychać, że mamy do czynienia z artystką wyjątkową, z czymś trudno uchwytnym, co można było wyczuć w tym pozbawionym zbędnych ozdobników śpiewie. Nie wiem co to dokładnie, tak to jest z tymi „nieuchwytnościami”, ale podejrzewam i mam nadzieję, że usłyszymy to na szykowanym już longplayu z całą mocą.

[Fot. Paula Gałązka]